Kryzys:
- proste, codzienne czynności stają się niemożliwymi,
- plany i marzenia całkiem realne, jakie popychały do przodu - stają się nieosiągalne i śmieszne,
- to, co u innych podziwiałeś, wywołuje zazdrość,
- to, co inspirowało i motywowało u innych - niszczy, osłabia i sprawia, że czujesz się absolutnym zerem,
- nie dostrzegasz tego, co masz,
- przestajesz się cieszyć tym, co masz,
- brzydnie i maleje to, co wcześniej dawało wielką radość,
- płaczesz, szlochasz, beczysz,
- małe rzeczy wyprowadzają cię z (tymczasowej) równowagi,
- w każdym kącie widzisz kupę niedociągnięć,
- przeszkody się wypiętrzają, przyjemności znikają,
- chcesz zniknąć, zasnąć, zamykasz się w sobie,
- uważasz, że nie zasługujesz na radość,
- nie doceniasz tego, co umiesz, widzisz tylko to, czego nie potrafisz,
- chciałabyś się odbić od dna, ale ciągle spadasz, a dna nie widać...
I tak u mnie od kilku dni.
Wypaliłam się, przestałam ogarniać, nadążać, rozsypałam się i nie mogę pozbierać jak ta pogoda za oknem, jak maj, który nie jest majem. Ja nie-ja. Miałam w planach wielkie świętowanie swojego pierwszego Dnia Matki, a nawet nie pościeliłam wyra, nawet nie podlałam kwiatów, jak zwykle we wtorki.
Dobra wiadomość jest taka, że widzę dno, więc może się odbiję...?
Przydałaby mi się jakaś solidna terapia/rekolekcje/odmiana/choćby jakiś notes, w którym będę pisać o swoich mocnych i słabych stronach. Tylko kiedy...?