2 marca 2009

[*]

Kiedy w piątek wyjeżdżałam do Krakowa przypuszczałam, że już go nie zobaczę. Stał w jednym miejscu, nieruchomy, drzemiący, ćwierknął mi jeszcze dwa razy jak zwykle, nie próbował uciekać z dłoni. Mały, napuszony, skulony kłębek, w którym dopalały się ostatnie iskierki życia. Dogasały łagodnie.
Wyjechałam i już go nie zobaczyłam.
Jego życie było za krótkie. Przyzwyczaiłam się do jego obecności tak niesamowicie, że sama się sobie dziwię, jak bardzo można się przywiązać do tak małego stworzenia. I jak taki mały ptaszek pozostawia po sobie tak wielka pustkę...?
Jego istotą było śpiewanie. Śpiewanie, które przynosiło mi radość. Bardzo mi go brakuje. I niesamowicie mi żal Klarysy - bo jej też go brakuje. Ona ciągle go woła, szuka. Jest zdezorientowana i nic nie rozumie.
Może człowiekowi jest przez to lepiej - bo rozumie...? A one - nie...
I nawet żadnej duszy ptaki podobno nie mają...
Spłakałam się przy tym wszystkim niesamowicie. Tak mi tu cicho bez niego... 




25 lutego 2009

nie jest dobrze

Drgawki nóżek i skrzydełek, utykanie na jedną łapkę, szmery przy oddychaniu, osłabienie,  brak apetytu i bardzo rzadkie kupy, opadnięte prawe skrzydełko...
- a nadal nam śpiewa. Tak radośnie, tak czule...

Boże, nie zabieraj nam go...